Recent Post

piątek, 30 września 2016

Biegam od około dwóch lat. Uwielbiam to robić i ciągle wyznaczam nowe cele. Najpierw półmaraton, później poprawa jego wyniku i poszczególnych biegów na mniejsze dystanse. Jednak ciągle czegoś  brakowało.

Wtedy postawiłam sobie kolejny cel, aby przebiec ten upragniony królewski dystans. Skorzystałam w tym celu z programu treningowego aplikacji na telefon Nike+ Running. Program trwał 24 tygodnie, zaczynał się 11. kwietnia, a kończył biegiem na 42,195 km w dniu 25. września. Aplikacja wybrała mi trening dla zaawansowanych, jednak ja wolałam wybrać ten trwający dłużej, z łagodnym zwiększaniem kilometrażu. Stosowałam się do treningów bardzo sumiennie, jednak z uwagi na liczne delegacje służbowe przebiegłam mniejszą niż ustaloną liczbę kilometrów (650 km z ustalonych 1 100 km). Takie przygotowanie i tak zaowocowało sukcesem, jednak o tym za chwilę. Poza treningiem bardzo ważne było utrzymywanie odpowiedniej diety oraz nawadnianie.
 
Fot. Program treningowy aplikacji Nike+ Running oraz nadanie  maratońskiego numeru startowego...

Jednak bieg zbliżał się nieubłaganie... Trzy i dwa tygodnie przed maratonem zrobiłam większe wybiegania, co trochę osłabiło moje siły. Czułam się zmęczona. Nie było lekko z tą świadomością, a przecież start w biegu już opłacony. Ogarnął mnie stres i tysiące myśli, czy aby na pewno jestem do  niego przygotowana. Zaczęłam czytać poradniki, co należy zrobić na kilka tygodni przed maratonem. Nie jadłam fast foodów. Zero alkoholu. Żadnego papierosa

Jedynie na 3-4 dni przed maratonem zastosowałam technikę ładowania węglowodanów. Jadłam wtedy mnóstwo kasz, wafli ryżowych. Zadania na chwilę przed maratonem są bardzo ważne i wymagają osobnego posta, który też zostanie opublikowany w najbliższym czasie :)

Fot. Identyfikator wolontariuszki Dominiki.

Expo

Oprócz biegu, zaangażowałam się również w pracę wolontariacką dla Fundacji Maraton Warszawski. Piątek (2 dni przed biegiem) spędziłam zatem w biurze zawodów, odbywając 9-godzinną pracę. Ja wydawałam pakiety na bieg "na piątkę", mój pakiet na Maraton wydał mi inny wolontariusz, a zatem na chwilę przeszłam na drugą stronę mocy. Pakiet zawierał numer startowy,chip mocowany do buta, koszulkę, zniżki i ulotki, napój izotoniczny 4MOVE oraz informator. 

Na hali targowej udałam się również na stanowisko adidas i odszukałam swoje zdjęcie w ramach konkursu #whyirunwarsaw, dostałam wydrukowane zdjęcie oraz Baton Warszawski, który był nota bene bardzo dobry.

W końcu nadszedł ten dzień...


Zjadłam śniadanie, zaledwie 2 kromki chleba z masłem i dżemem oraz herbatę. Ponoć nieważne co, ale śniadanie zjeść trzeba. Pojechałam na miejsce startu, które znajdowało się na Krakowskim Przedmieściu. W autobusie którym jechałam, zobaczyłam dwóch biegaczy, maratończyków, na widok których żołądek mi się ścisnął. Byli to mężczyźni bardzo wysportowani, dla których zakładam, iż nie był to pierwszy maraton. Po dotarciu na linię startu, ustawiłam się z pacemakerami na czas czterech godzin.

Fot. Ten uśmiech wskazuje na fakt, iż jeszcze nie zdaję sobie sprawy, co mnie czeka. Zdjęcie przed linią startu.

I ruszyliśmy.

Najpierw wystartowali biegacze walczący o szybszy czas. Powoli przesuwaliśmy się do przodu, do bramki odliczającej czas, czas który dłużył się i nieubłaganie uciekał zarazem. Czas, z którym zaczęła się bitwa.

Starałam się cieszyć każdym kilometrem. I tak przecież będzie życiówka. Dlatego uwielbiam debiuty. Piękny doping w Łazienkach Królewskich, już po 20. kilometrze, uskrzydlił mnie. Odliczałam kilometry do kolejnych punktów nawadniania/odżywiania. Do 30. kilometra jeszcze nie bolało, po nim już czułam stawy, mięśnie, kręgosłup. To nic. Nie zatrzymywałam się. Liczyłam osoby, które już szły, podczas gdy ja biegłam dalej.

Czułam się niczym Forrest Gump.


Po drodze spotkałam również drużynę Spartan. Jak zwykle nie zawiedli.

I tak po 4 godzinach, 20 minutach i 18 sekundach... 

dobiegłam do mety. Jednak jeszcze w to nie wierzę. Nawet, gdy jedna z wolontariuszek zakłada mi na szyję medal i mówi, że dobrze wyglądam. 

Nie bez przyczyny podkreślam słowo ,,dobiegam". Zrobiłam to z 480. miejscem w kategorii Open, a 106. w kategorii K20. Po przekroczeniu mety ktoś na mnie czekał. Trudno opisać słowami, jak cudnie było podzielić się tym szczęściem. Przebiegnięcie maratonu to niesamowite emocje i ogromny zastrzyk endorfin. Jestem pewna, że zapamiętam mój pierwszy maraton do końca życia. Przygotowania do maratonu trwają miesiącami lub latami - jest to długoterminowy, zaplanowany projekt. Jednak jeżeli biegasz, warto się tego podjąć, przede wszystkim dla siebie.

0

poniedziałek, 16 maja 2016

 
Kto o zdrowych zmysłach zrywa się o 5 rano, żeby jechać dwieście kilometrów w celu zmęczenia się w ramach przebiegnięcia, bagatela, 21.1 kilometrów?

Bieganie jest jak narkotyk. Będę to udowadniać. Na razie opowiem o biegu, na który wybraliśmy się aż do Białegostoku.

Wyjechaliśmy w niedzielę wczesnym rankiem, pakiety startowe odebraliśmy również w dniu biegu. W składzie pakietu znajdowała się koszulka techniczna firmy 4F, nota bene bardzo ładnie skrojona damska wersja. Tył koszulki należał głównie do organizatora biegu. Informator biegowy, żel izotoniczny i znaczna liczba ulotek reklamowych, atrakcyjnych głównie dla osób z okolic Białegostoku. Oczywiście numer startowy z elektronicznym chipem oraz zestaw metalowych agrafek. O ile odpowiednio wcześniej opłacono start w biegu, na numerze startowym było wydrukowane imię uczestnika. Drobny szczegół, jednak zawsze sprawia przyjemność!
Fot. Fotografia ukazująca strefę czasową
Gdy zbliżała się godzina 10:00, należało się ustawić w swoich strefach czasowych. Nie był to mój debiut na tym dystansie, a moim marzeniem było polepszenie poprzedniego rekordu. Ulokowałam się zatem w strefie mojego wymarzonego czasu, jakim było 1h:50m. Może to ambitny cel, jednak należy mierzyć wysoko, a tego dnia czułam, że jestem w dobrej kondycji. Przywitałam się z pacemaker'ami, przecież to z nimi będę biegła całą drogę.

Fot. Fotografia ukazująca grupę biegową "Spartanie Dzieciom"
Nadeszła godzina 10:00 i wszyscy ruszyli w trasę. Obyło się bez większych opóźnień w ramach międzyczasów - w przypadku strefy na 1:50 były to ok. 3 min. Na początkowym etapie biegu minęłam grupę Spartan - bardzo podoba mi się ich inicjatywa i popieram ją w stu procentach. Punkty nawodnienia były co ok. 5 km, ale punktów odżywiania nie widziałam. Do ok. 9. kilometra dotrzymałam tempa pacemaker'om, z którymi zaczynałam bieg. Jednak po 9-tym zaczęłam się od nich oddalać i oddalać... Zaczęłam bieg wolniejszym, swoim tempem. Dodatkowo pojawiły się przeszkody w ramach mocnego wiatru oraz podbiegów. Do końca jeszcze tak daleko, meta wydaje się tak daleką perspektywą...

Podczas trasy minął mnie jeszcze pacemaker zamykający strefę 1:50, a na mniej więcej 17-tym kilometrze spotkałam "zająca" rozpoczynającego strefę 1:55. Nie przejmowałam się tym jednakże, przecież na mecie i tak wszyscy jesteśmy wygrani. Spojrzałam na swój GPS i uznałam, że jestem w stanie pobić swoją życiówkę poprzez zwiększenie tempa... Wizja spełnienia mojego marzenia pozwoliła na wykrzesanie sił na dołączenie do pacemakera. I tak też się stało, zwiększyłam tempo na ostatnich kilometrach, pomimo znajdujących się tam podbiegów.

Na ostatnich kilometrach nie było łatwo. Nawierzchnia z kostki brukowej również nie ułatwiała sprawy. Starałam się nie myśleć o jakimkolwiek bólu, a jedynie byłam niesiona głosami dopingujących kibiców. I w końcu dotarłam do tej upragnionej mety. Spojrzałam w kierunku bramki mety na czas brutto. 1:54. Nie mogłam w to uwierzyć. Pobiłam swój rekord życiowy na pół-królewskim dystansie!
Fot. Fotografia ukazująca medal z 4. PKO Białystok Półmaraton
Za linią mety już medal oraz folia termiczna. Warto wspomnieć o ciekawym medalu, przedstawiającym jedną z rzeźb z Ogrodów Branickich w Białymstoku. Na tegorocznym biegu jest przedstawiona nimfa leśna o imieniu Kallisto (gr. kalliste - najpiękniejsza), według mitologii greckiej po śmierci zamieniona w gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy. Imię to nosi również jeden z księżyców Jowisza. Co roku będzie to inna rzeźba, więc można będzie dołączać inne figury do swojej kolekcji.

Podsumowanie

Warunki pogodowe były prawie idealne, oprócz mocniejszych podmuchów wiatru, które stanowiły przeszkodę. Trasa była bardzo ciekawa, ale jednocześnie wymagająca poprzez liczne nawrotki oraz podbiegi.

Z personalnego punktu pobiłam swoje życiówki na 5 i 10 kilometrów oraz na dystansie półmaratonu. Z wyników zatem jestem bardzo zadowolona. No i ogólnie jestem szczęśliwa. Cóż, po prostu kocham biegać.

To co, widzimy się na kolejnym biegu?

0

niedziela, 20 września 2015

Dziś odbył się szczególny bieg, wyrażający solidarność z osobami zmagającymi się z nowotworami. Uczestnicy wydarzenia biegli, maszerowali i spacerowali na trasie o długości 1350 m wokół budynku Centrum Onkologii – Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie oraz Instytutu Hematologii i Transfuzjologii w Warszawie. Celem akcji była pomoc podopiecznym Stowarzyszenia Pomocy Chorym na Mięsaki SARCOMA. 

Zasada była prosta: w wyznaczonym czasie (1 godzina) można przebiec, przejść, czy przejechać tyle okrążeń, ile tylko się zdoła. Po każdym okrążeniu dostaje się opaskę. Mnie  udało się ich zdobyć 8, co było równoznaczne z przebiegnięciem ponad 10 km. Oczywiście, im więcej przebiegniętych km, tym więcej środków pozyskanych od partnerów na pomoc chorym. 

Z udziałem 1200 osób udało się przebyć razem 8460 okrążeń o łącznej długości 11421 km. Cieszę się, że też mogłam pomóc!
 

0

Author

About Me

Labels